Krew mnie zalewa gdy widzę na tematycznych grupkach pytania o pierwszy aparat czy komputer do montażu, a „specjaliści” z nadętą manierą bombardują nowicjusza stwierdzeniami, że bez najnowszej Alfy za 20 tysięcy albo Maca za 30 to se można pomarzyć o robieniu filmów. Przepraszam, ale to jest gówno prawda. Pierwsze filmy robiłem komórką, a montowałem je na Windows Movie Makerze zainstalowanym na komputerze domowym. I naturalną rzeczą jest, że z czasem sprzęt się ulepsza. Kupuje pierwszy aparat, dokłada RAM-u, potem inwestuje się w wymienną optykę, stabilizatory, drony i potężniejsze komputery. Ale to jest stopniowe.
Podejście prezentowane przez pożal się boże speców przytoczonych wyżej jest nie tylko głupie, ale wręcz ograniczające. Bo co Ci po pełnoklatkowym aparacie, skoro nie potrafisz wycisnąć maksimum możliwości ze swojej komórki? Uwierzcie, że dopiero moment, w którym czujecie niedostatki swojego sprzętu, a Wasza wiedza przerasta możliwości techniczne, to czas na przesiadkę wyżej. A dzięki takiemu podejściu ta przesiadka będzie łatwiejsza, efektywniejsza, a Wasz rozwój płynniejszy i szybszy.
Smartfon, aparat, kamera sportowa
A zatem tak, na początek wystarczy Wam komórka. Wystarczyła już 10 lat temu, teraz wystarczy Wam na dłużej, bo możliwości aparatów w smartfonach poszybowały w górę. Kręcą w 4K, mają niezłą stabilizację, coraz lepiej radzą sobie z symulowaniem małej głębi ostrości. To w zupełności wystarczy by poznać od praktycznej strony podstawy kadrowania czy ruchów kamery. Jeśli dodatkowo aplikacja aparatu w Waszym smartfonie posiada tryb profesjonalny, to możecie również uczyć się podstawowych fotograficznych ustawień: stopnia otwarcia przysłony, czasu naświetlania i stopnia światłoczułości ISO.
Dopiero gdy wyciśniecie z telefonu maksimum możliwości polecałbym przesiadkę. A na co? Na pewno nie na kamerę sportową. Nie zrozumcie mnie źle, GoPro czy DJI Osmo Action to jest dobry i ciekawy sprzęt. Sam mam i korzystam, również przy zleceniach. Ba, swego czasu nagrałem cały film wykorzystując jedynie GoPro i uważam, że wyszedł całkiem nieźle.
Chodzi mi o to, że tego rodzaju kamery mają bardzo specyficzne zastosowanie: można je zamocować prawie wszędzie i jest spora szansa, że się nie rozpadną spadając ze skały. Tyle. To jest ich główny cel i jedyny sensowny powód ich używania. Warto je mieć do „zadań specjalnych”, ale jeśli oczekujecie, że do „normalnego” filmowania będzie to półka wyżej w stosunku do smartfona, to nie będzie. Ten sprzęt ma te same co smartfon ograniczenia, a więc przede wszystkim maleńką matrycę.
To właśnie ten całkowicie fizyczny parametr wpływa w największym stopniu na jakość obrazka (do spółki z obiektywem, ale o tym zaraz). Nie jest ważne czy Wasza komórka nagrywa 4 czy 8K. Obrazek, który wyprodukuje będzie brzydszy niż ten, który pochodzi z aparatu. Nawet jeśli ma on mniejszą rozdzielczość. Wielkość matrycy wpływa bowiem na odwzorowanie kolorów, dokładność szczegółów, rozpiętość tonalną i ogólną „plastyczność” obrazu.
Naturalnym kolejnym, po smartfonie krokiem powinien być zatem aparat fotograficzny z funkcją nagrywania filmów.
Sony, Nikon, Canon czy Panasonic?
Tylko jaki? Ja polecałbym jakiegoś niezbyt drogiego bezlusterkowca. Coś w granicach 2 tys. zł, nie więcej. Nie ma sensu. W tej cenie dostaniecie sprzęt, który nagrywa niezły obrazek, może nawet w 4K i wyższym klatkażu (choć to na początek nie jest konieczne), do tego może mieć wymienną optykę. A firma? Wszystko jedno. Serio. Każda z wiodących marek ma do zaproponowania podobnej jakości modele. I na niższych i na wyższych półkach. I każda ma ślepych wyznawców, którzy gotowi są walczyć na śmierć i życie o to czy Sony jest lepszy od Canona.
Różnice między nimi są niewielkie i to pewnie te niuanse zadecydują o Waszej decyzji. Rozmiar, waga, odchylany do selfie ekran. To nie są kluczowe parametry, ale przy intensywnym użytkowaniu i podobnym standardzie najważniejszych funkcji to właśnie one wpłyną na zakup.
Ale skoro już pytacie, to przyznam się: jestem team Sony. Używam ich od początku, miałem już kilka i nie zanosi się na to żebym miał się przesiąść. Aparat, który jako pierwszy kupiłem sobie z myślą o filmowaniu jestem moim zdaniem idealny na początek. To Sony a5000. Jest niewielki (mieści się w kieszeni), a mimo to robi bardzo dobre zdjęcia i filmy. Ma odchylany ekran (choć akurat w idiotyczny sposób, bo nie widać go w całości), kosmicznie długi czas pracy na baterii i, co najważniejsze, wymienną optykę. Możecie więc zacząć poznawać różnice między obiektywami. Zobaczyć jak kolosalną zmianą w jakości jest obiektyw stałoogniskowy w porównaniu do zooma (i jakim wrzodem na dupie jest korzystanie z niego podczas dynamicznych akcji i ciągłe przepinanie się między szkłami). Co ważne, obiektywy i baterie, w które zainwestowałem przy tym modelu przeszły ze mną wyżej. Nie były to więc wtopione inwestycje, a sam aparat kosztował 1500 zł, nie był to więc ogromny wydatek. Na pewno niewspółmierny do tego, jak się dzięki niemu rozwinąłem.
Mój Sony, choć niepozorny, posłużył mi do stworzenia pierwszych filmów, które mogłem z czystym sumieniem pokazać publicznie. Były to pamiątki z wakacji, o których jeszcze w tym blogu napiszę.
Gimbale, drony i cała reszta
Po wyciśnięciu swojego pierwszego aparatu kupcie kolejny – lepszy. I tak dalej. To już jest oczywiste. Będzie wiedzieli czego potrzebujecie i jaki sprzęt to zaspokoi. A co z peryferiami? Stabilizatory, lampy, mikrofony itp.? To wszystko siłą rzeczy się u Was pojawi. Jedne rzeczy prędzej od innych i to również będzie wynikało z potrzeb.
Zasada jest identyczna jak w przypadku aparatów. Nie polecam jako pierwszej lampy kupowania potężnej żarówy za 5 tys. zł, która rozgrzeje Wasz pokój do temperatury 45 stopni. Polecam kupienie mocnej żarówki w markecie budowlanym. A potem czegoś lepszego. Softbox do rozpraszania światła zróbcie najpierw sami z prześcieradła, a slider z rurki PCV. Pamiętam jak chciałem nagrać timelapse’a, w którym kamera się obraca w równym, spokojnym tempie. Nie kupiłem sobie elektrycznej głowicy za kilkaset złotych. Przykleiłem telefon do zegarka odmierzającego czas gotowania jajek.
Są jednak dwa sprzęty, które zastąpić trudno. Chodzi o drona i gimbala. W obu przypadkach polecam kupić je dopiero gdy będzie w stu procentach pewni. Gdy np. pojawi się zlecenie wymagające ich użycia i wizja szybkiego spłacenia. W moim przypadku właśnie tak było. I choć oba te sprzęty już znałem i potrafiłem obsługiwać, to na zakup zdecydowałem się dopiero gdy były mi absolutnie niezbędne. Spłaciły się szybko, bo korzystam z nich niemal przy każdym zleceniu. I o ile drona uwielbiam, o tyle z gimbalem łączy mnie niejednoznaczna relacja. Niby wiem jak unikatowe możliwości on daje, ale czuję też pisząc to jak bolą mnie od niego plecy. Kiedyś chyba napiszę o tym związku coś więcej.
Chcesz wiedzieć więcej? Potrzebujesz filmu? Napisz do nas lub odwiedź nasze profile w social mediach.
